Hugh Johnson – legenda, guru, krytyk

Hugh Johnson – legenda, guru, krytyk – a za tym wszystkim kryje się po prostu ciepły, miły człowiek.
Do egzaminów sommelierskich wkuwałam jego Atlas od deski do deski. Kiedy dostałam propozycję tłumaczenia Hugh Johnsona podczas gali w Dworze Sieraków, siedziałam w Czułym Barbarzyńcy, jak zawsze przykuta do laptopa, planując przyszły wygląd stoiska Kobiety i Wino podczas targów Enoexpo. I oto nagle niespodziewanie przychodzi e-mail.

Z radością przyjęłam propozycję, choć już po chwili zastanawiałam się czy sobie poradzę –  przecież to tak ważna osoba w świecie wina – podjęcie tego wyzwania z pewnością będzie wiązało się z  pewną odpowiedzialnością. Hugh miałam poznać dzień wcześniej na degustacji win polskich. Mimo początkowych wątpliwości, szybko zdecydowałam się podjąć zadanie. Jakiś czas później jechałam już na wspomnianą degustację win polskich.  Po drodze otrzymałam całkiem nieoczekiwany telefon. „Wiesz mamy taką  prośbę : czy dzisiaj też będziesz mogła tłumaczyć Hugh?” Mój spokój nagle zniknął, przyspieszyłam, zastanawiając się czy zdążę dojechać na czas. Udało się. Po skończeniu wywiadu z Wojtkiem Bońkowskim zostaję przedstawiona Hugh Johnsonowi. Uśmiechnął się szczerze, poprosił żebym głośniej mówiła  (bo zdaje się, że ze stresu obniżyłam ton głosu) i uprzejmie mnie przywitał. Zastanawiałam się przez moment, jak rozpocząć rozmowę, ale to on błyskawicznie przejął inicjatywę i sprawił, że od razu poczułam się dobrze w jego towarzystwie.

Degustując wina polskie, Hugh dzielił ze mną swoje uwagi. Niezwykle podobały mu się etykiety z winnicy Kresy, gdyż uważa, że powinniśmy akcentować twarze – to one przykuwają uwagę. Mówiąc o winach białych, miał pewne zastrzeżenia co do skupiania się przez polskich producentów win głównie na uprawie hybryd i nie odnosił się szczególnie pozytywnie do popularnego w Polsce szczepu seyval blanc. Jego zdaniem, mamy olbrzymi potencjał w produkcji wina musującego,  co zobrazował analogicznym przykładem udanej produkcji win musujących w Wielkiej Brytanii. Winem, które najbardziej go zaciekawiło, był Regelt z Winnicy nad Jarem oraz  wino likierowe z winnicy Golesz. Wywiązała się również ciekawa dyskusja: czy promując polskie wina powinniśmy promować szczepy, czy też markę. Szczepy takie jak rondo lub regent nie mają szans na światową sławę i nigdy nie będą tak rozpoznawalne jak szczepy międzynarodowe. Zdaniem Hugh, powinniśmy się więc bardziej skupić na promowaniu marki – producenta, bądź też konkretnego wina. Ciekawym przykładem sukcesu polskiego wina o którym dyskutowaliśmy jest seria win Noole z Pałacu Mierzęcin, które stały się flagowym winem producenta i jednocześnie rozpoznawalną marką. Podsumowując, Hugh Johnson powiedział polskim winiarzom, że choć jeszcze wiele jest do zrobienia, to ma nadzieję, że w kolejnej ósmej edycji jego Wielkiego Atlasu Świata Win  pojawi się informacja o polskich winach.

Następnego dnia poznałam Judy Johnson, która w przemiły sposób nie tylko mnie przywitała, ale jednocześnie zaprosiła, bym usiadła obok niej, co dało mi ciekawą perspektywę spędzenia wieczoru . Oprócz tłumaczenia, miałam przyjemność po prostu porozmawiać z Panią i Panem Johnson.
Ponieważ wcześniej opowiadałam Judy o stowarzyszeniu Kobiety i Wino, w odpowiedzi usłyszałam od niej historię o książce Wine – A woman’s guide, którą napisała jej córka Kitty Johnson.  Z obawy przed krytyką ojca oddała książkę do druku, nie pozwalając mu jej przeczytać. Po wydrukowaniu przyniosła egzemplarz i wręczyła tacie. Hugh zostawił ją i Judy na kilka godzin, by oddać się lekturze, a one dwie siedziały w kuchni i czekały na werdykt. Po powrocie Hugh z poważną miną powiedział krótko – „ Nie jest zła”.  W ustach znanego krytyka słowa te można by uznać za nie lada pochwałę.

Wieczór obfitował w miłe niespodzianki, które co chwilę zaskakiwały Państwa Johnsonów. Film edukacyjny, który nakręcono wiele lat temu wraz z udziałem późniejszych brytyjskich gwiazd ekranu oraz samego Hugh Johnsona, wywołał łzy wzruszenia i serię miłych wspomnień zza kulisów. Film, jak się okazało, był nagrywany w salonie Państwa Johnsonów. Rozmawiając z Judy zrozumiałam, jakim  niesłychanie ważnym filarem jest ona sama w karierze zawodowej Hugh Johnosona i co musiała poświęcić, byśmy my, winomaniacy, mogli czytać, odwoływać się i cytować kultowe publikacje Hugh Johnsona. Mówi się, że za każdym mężczyzną sukcesu stoi kobieta sukcesu. Przykład państwa Johnsonów pokazuje, że słowa te mają w sobie wiele prawdy.

Artykuł ukazał się wcześniej w Czasie Wina

 

 

 

 

 

 

Kobiety w Veneto

Obydwie kryją się za legendarnymi winami regionu, choć są tak różne – wulkan energii i kobieta biznesu Marilisa Allegrini i bardziej skupiona na opiece nad gniazdem, opiekuńcza i uważna Fiorenza Quintarelli.

Łączy je stoicka postawa wobec życia i silne przekonanie, że to, co tworzą, jest prawdziwym symbolem Veneto.

Pierwszy przystanek to słynne Allegrini. Uzbrojeni w anielską cierpliwość (serpentyny na brzegach jeziora Garda dały się mocno we znaki, szczególnie potomstwu) dojechaliśmy do przepięknej Villa della Torre, gdzie w jednej z jadalni ozdobionych olbrzymim kominkiem zamówiliśmy lekki lunch z degustacją.

 

MARILISA ALLEGRINI

MARILISA ALLEGRINI

Zostawiłam na chwilę moich towarzyszy, by spotkać się z ikoną branży winiarskiej w regionie – Marilisą Allegrini. Mimo że początkowo nie chciała zajmować się winem i za namową ojca poszła do szkoły medycznej, jej miłość do ziemi sprawiła, że już w wieku 26 lat kierowała w winiarni częścią operacyjną i marketingową, zaś jej bracia częścią winiarską. Dla Marilisy najważniejsza jest edukacja młodego pokolenia. Przywiązuje szczególną uwagę do szkoleń swoich pracowników, przekazuje im filozofię Allegrini i przygotowuje ich do pracy na najwyższych pozycjach w branży. Jest przekonana, że stażyści w przyszłości będą pracować na wpływowych pozycjach we włoskim biznesie winiarskim. Marilisa jest również członkinią European Advisory Board of Women of the Vine & Spirits. Celem tej organizacji jest łączenie kobiet pragnących rozwijać się zawodowo w branżach winiarskiej i alkoholi mocnych. Bardzo optymistycznie mówiła o szerokich planach rozwoju organizacji, w której sama aktywnie działa.

Beczki pełne historii

Niecałe siedem kilometrów od Allegrini wjechaliśmy wąską dróżką prawie na szczyt góry pod adres, który jedynie GPS wskazywał jako nasz cel. Żadnej tabliczki, żadnego nazwiska, brniemy za głosem Hołowczyca i ostatecznie trafiamy na bajkowy widok winnic Giuseppe Quintarelliego. Od progu wita nas surowy wzrok gospodarzy, czyli Fiorenzy – najstarszej córki słynnego Giuseppe – i jej męża Giampaolo Grigolego. Spoglądają na naszą liczną grupę i mówią, że do piwniczki może wejść tylko pięć osób, na więcej nie ma miejsca. Reszta grzecznie zostaje na zewnątrz w lipcowym upale. Fiorenza także nie bierze udziału w naszej degustacji, ale nadzoruje całą wizytę, opiekując się jednocześnie dziećmi, które zostały u góry wraz z częścią naszej gromady.

Chłód piwnic powoli zaczyna nas orzeźwiać i wybudzać z letargu. Nagle zdajemy sobie sprawę z doniosłości momentu – stoimy wśród beczek bodaj najsłynniejszego amarone. Jeszcze u góry wśród winorośli prosiłam Giampaolo, by opowiedział nam historię winnicy i winiarni. Ten jednak odparł, że historia jest na dole. Teraz rozumiem, co miał na myśli. Historia rodziny jest wyrzeźbiona na dębowych beczkach, w których leżakowane są wina. Jedna z nich przykuwa moją szczególną uwagę. Bocian niesie w koszyku cztery pisklaki, które reprezentują cztery córki Giuseppe. Wkoło zaś wiją się girlandy z owoców granatu, będącego symbolem płodności. Na ostatniej beczce natomiast widać, że po całym procesie produkcji wykonywanym głównie przez mężczyzn degustatorem jest kobieta.

Pytam Giampaolo, dlaczego na wszystkich beczkach ukazujących pracę winiarza są mężczyźni, a tylko na ostatniej degustująca kobieta. Odpowiedź była zaskakująco prosta: „to jest moja żona…”.

 

Artykuł ukazał się wcześniej w magazynie Czas Wina 90

Occupation – Sommelier

I must admit that wine is my passion, being the gateway to an extraordinary world of flavors and aromas to be shared with great people from across the world.  Being a sommelier means having first and foremost, respect for nature, life and people, creating excellent sensory experiences around the most common of events, a shared meal.  In the world of the sommelier business, women continue to be a rarity.

 

Who is a  sommelier, but a specialist in the field of history, culture and sensory depictions with strong business sense. To become a professional sommelier requires many years of dedication and hard work fueled by the desire to be the best and create the best experiences for people, transforming the mundane to the exceptional.

 

A sommelier has the greatest respect for wine and the process and love that creates these great and varied products which throughout history have brought out the best in company and culinary experiences.  

 

Although the stereotype of a pompous person sticking a nose in the glass, slurping, sniffing and spitting still exists, the profession is quickly changing to one of history, stories and pairing to bring the best from what some people take for granted.  The profession is more about education and interactions, rather than elitism; and focused more on experiences that snobbery.

 

Contrary to common knowledge, the blind tasting of wines can be learned through systematic training of our sense of smell. The best way to begin is to focus on the smells permeating all culinary experiences, from seasonal fruits, vegetables, even to tobacco and soils. These common fragrances are a great way to begin your training to be a professional sommelier.

 

According to global statistics, women are buying more than 70% of wines consumed in the household, have better equipped sense of smell and pay attention to more details and nuances in the wine. Woman choosing wine think about “us” not “I”. They do not choose the wine for points and medals, but in order to fit the occasion or prepared dishes, so everyone can enjoy it.

 

Woman generally feel more comfortable to ask for advice in a specialist wine shop, seeking to know more about wine purchased to create the best culinary experience. Women and also more interested in them educational aspect of wine hence they are generally more inclined to experiment with and select wines from the new unfamiliar appellations. Red wines growing in popularity amongst women are  Malbec and Tempranillo, while among whites Sauvignion Blanc is still very popular study shows. Statistically, women often also reach for the sparkling wine more than their male counterparts.

 

Napoleon Bonaparte once said „He who does not take a risk does not drink champagne”.  So do not be afraid to risk and learn about the variety and bounty of the grape and always work to bring the best to the people you meet around the table.

In defense of sweet

W czasach, kiedy obsesyjnie dbamy o linię i walczymy z nadmiarem cukru w naszej diecie, staramy się unikać wszelkich cukrów i węglowodanów, wina wytrawne, szczególnie te z wysoką kwasowością, są dużo częściej wybierane. 

 

Uwielbiamy wytrawne Sauvignion Blanc, które często wręcz wykręca nam usta i mimo wrażenia, że pijemy wyciśnięty sok z limonki, uśmiechamy się lekko nieszczerze. „Słodki” – stało się niemalże słowem tabu. Odmawiamy sobie słodkości i staramy się o niej nie rozmawiać. A zakazany owoc przyciąga tym silniej, im bardziej próbujemy odsunąć go w „niemyślenie”.

Heidi Schröck

Heidi Schröck zdaję się brnąć pod prąd powszechnej dziś modzie. Produkuje słynne austriackie słodkie wina z apelacji Ruster Ausbruch używając winogron zainfekowanych szlachetną pleśnią botrytis cinerea. Heidi przygląda się tym trendom i robi swoje, bo to co robi ma duszę i historię, którą trzeba pielęgnować i kontynuować. 

 

Heidi Schröck przejęła produkcję wina w rodzinnej posiadłości w 1983, w sennej, malowniczo położonej wśród winnic miejscowości Rust nad Jeziorem Nezyderyjskim. Po ulicach spacerują tu nie tylko turyści, ale i bociany, które licznie zasiedlają dachy okolicznych domów. Słodkie wina produkowane są tu od pokoleń. Ojciec Heidi tworzył wina, jak mówi ona sama, w bardzo tradycyjnym stylu, ale córka postanowiła zmodyfikować wieloletnią tradycję. Zanim przejęła winiarnię, odbyła staż w Niemczech, skąd przywiozła wiele nowych pomysłów i technik. Następnym podjętym przez nią krokiem były studia w Fachhochschule Geisenheim w Wiesbaden, które ukończyła jako jedna z pierwszych kobiet enologów w historii szkoły. Uczyła się vinifikacji i winogrodnictwa od znanych z produkcji wyjątkowych rieslingów o wysokiej kwasowości Niemców. Ta kwasowość krzyczy z produkowanych przez nią butelek i to ona powoduje, że słodkie wino może wspaniale połączyć się z jedzeniem i że nie musi to być wcale deser.  

W 2004 roku Heidi Schröck została wybrana winiarzem roku przez najbardziej wpływowy w Austrii magazyn Falstaff. W tym samych czasie była też prezydentem Cercle Ruster Ausbruch – organizacji odpowiedzialnej za odrodzenie Ruster Ausbruch. 

 

Heidi należy także do grupy 11 Frauen und wine. Jedenaście austriackich enolożek w swoim projekcie daje dowód na to, że razem mogą zdziałać więcej i przemówić do szerszej publiczności, niż działając w pojedynkę. 

 

Najnowszy jej projekt to wykonane przez artystę etykiety,  które uczą, jak łączyć jej wina z potrawami.  Wspaniały, innowacyjny krok w stronę klienta podający nie tylko gotową informację, ale i podsuwający niebagatelne pomysły. Wina Heidi są nowoczesne w każdym calu, a przede wszystkim pokazują, że producentka naprawdę wie, z czym to się je. Podając słodkie wina, niejako automatycznie wyobrażamy sobie deser, a na etykiecie Beerenauslese oglądamy szynkę parmeńską, ser, pstrąga, imbir i papryczki chili. To daje do myślenia. A gdyby tak do obiadu podać słodkie wino??? Czemu nie….

Heidi to kobieta pełna wdzięku i elegancji. Z przyjemnością słucha się opowieści o jej winach i pasji.  Obserwowałam ją podczas degustacji w Weinakademie w Rust. Przez cały wieczór wokół jej stolika gromadziła się znaczna liczba osób, zachwyconych jej winami jeszcze długo po degustacji.  Spytana o to, co w swojej pracy lubi najbardziej, mówi bez wahania, że największą przyjemność sprawia jej praca z ludźmi. Natomiast jeśli chodzi o sprzedaż win, wspomina z uśmiechem bardzo udaną wymianę magnum Ruster Ausbruch z 2002 roku za bilety na koncert Boba Dylana. 

 

Wytrwałość i pasja to dwie cechy, które powodują, że wina Heidi są wyjątkowe. Słodkie, o przeszywającej wręcz kwasowości i pełne charakteru – tak jak i sama ich producentka. 

Artykuł ukazał się wcześniej w magazynie Czas Wina.

 

Quo Vadis – Douro Valley?

Arriving in Oporto was a quick and easy jump on two planes and one Uber. Of course I knew many wines from Douro, especially classic ones, but while on a plane a question was stuck in my mind. “Where is this traditional industry heading  and what is the motor behind its development? Is it tradition or innovation or perhaps both? Well my first surprise was just about to happen while I took the first step from my car at the Yeatman hotel.

Yeatman Hotel w Porto

The Yeatman Hotel

Walking into a well designed 5 star  Heritage hotel gave me not only a sense of luxury, but also a sense of connection with tradition.  All rooms in the hotel are sponsored by local wine producers, and that right there gave me a sense of unity and cooperation within the industry. Well trained and helpful staff ready to share information about Oporto and its legacy clearly had a good understanding of needs of their customers and was were well trained to give a feel of the place  and create an Oporto experience at the highest level.

After I dropped of my bags, immediately I went for a walk to get a sense of the place walking straight from the hotel to Taylors loges. I walked by the peacocks and roosters, which were sort of an odd addition to the whole ambience but definitely something that makes one, remember the place, good or bad it depends on visitor’s point of view. I was not planning to visit Taylor as it was on our agenda later on. I followed narrow and steep cobblestone street walking by what I later learned is going to be World of Wine. Large loges are being prepared for what could be in the future one of the most innovative wine places in the world. Will it be?

 

The answer will come in 25 months. The plans are impressive indeed – history of wine with focus on Portugal, cork museum, educational centre, wine cellar and tasting room. Following the path I came down to Douro river passing by tourists speaking many different languages including my mother tongue – Polish, making me think of development of the tourism industry and its importance of development of Oporto as well as wine industry alone. Nearly each of those tourists carried a bag branded with a particular port house.

My immediate question was how do they pick the place they go to. Is it by accident? As all the lodges are right by each other or did they have a specific place in mind before they came to Oporto, and if so did they learn about it from their local market or was it recommended in Oporto. I walked by Sandman’s outside bar – with loud hip music and cocktails being drunk by a younger generation and another question presented itself:  Is younger generation drinking port?

The answer was to be found at the dinner. We were received at Graham’s Vinum restaurant by Henry Shotton and Paul Symington with a glass of white port cocktail mixed with tonic and lemon. Refreshing drink that can rival gin and tonic any time and in my opinion a great way to introduce port industry to younger generation.

Paul Symington when greeting us discussed importance of family business and gave us also the pros and cons of what it means. We were served several appetizers on rather classic international side in the library room giving us a sense of tradition and history carried by several generations. In the glass however and on the plate (appetizers) we experience an opposite quite modern approach.

When walking to Vinum restaurant we passed Graham’s outstanding wine shop and here again few things that posed a question. Large volume 225 liter bottles were standing out and modern packaging was eye catching. As we have later learned at the dinner when seating at the table with Henry and Carlos Agrellos from Quinta do Noval – modern packaging is associated with the premiumisation of the port industry as the growth in that segment is larger than in the commodity sector.

Vinum Restaurant

Vinum Restaurant&Winebar

Innovative ways to serve port in the restaurants from large volume bottles make fine dining experience even more memorable said Henry. We were soon about to learn that. During a course of dinner we were served dry wines of Douro Valley. Discussing traditional Portuguese grape varieties in an interesting perspective of comparing aromatic qualities of wines to international grape varieties;  Particularly muscat vs sauvignon blanc. As one of the hurdles on international sales of Douro Valley wines or Portuguese wines all together is the difficult pronunciation and lack of international recognition of many indigenous grape varieties. Discussing them in perspective of well-known wines gives customer easier understanding of style and allows higher sales.

Porto

1977 Tappit hen

Finally there was a time for dessert service and bottles of 1977 Tappit Hen (225 l) appeared at the tables. The majestic, large volume bottles combined with the magic of vintage port left as with an amazing impression. Tasting 41 old wine that is still fruity and carries juicy acidity along with delightful tertiary aromas of caramel and toffee lingering on the plate was an outstanding experience to remember and one to carry around and share for the rest of one’s life.

Was it the amazing wine or the magic of the whole experience or both? For me it was the wine, but I can’t finish this introduction to the trip and not raise the topic that the experience was an extremely important part of the evening.

The most important part of it all and at the same time another question that comes to my mind is:  where else in the world could you find an aged wine of such tremendous quality at such a reasonable price point.? That is reason enough to visit Douro Valley at your earliest convenience!

 

PS. Let me give you one last reason why you should visit Douro Valley. 2016 has just been declared a vintage year by some of the most important producers as Graham’s and Quinta do Noval. I  had already a chance to taste the Graham’s 2016 with its amazingly silky tannins, concentration and ripeness. This might surprise but it is ready to drink and delicious today. Of course it would be a shame to open it now, but this  ready to drink and age style shows that this is yet another change in Douro Valley.

Zielone wina

Wiosna to czas, kiedy decydujemy się porzucić ciężkie czerwone wina na rzecz białych i różowych, a nawet… zielonych.

Najsłynniejsze zielone wino to, z całą pewnością, Vinho Verde. Pochodzące z portugalskiego Minho, wino często  jest kupażem (czyli połączeniem) autochtonicznych (takich, które pochodzą z danego miejsca) szczepów, jak: Loureiro, Arinto czy Alvarinho. Określenie „zielone” nie dotyczy, jakby się mogło wydawać barwy wina, ale jego wieku. Zielone znaczy młode. Vinho Verde to najczęściej lekkie wina, które wypijamy w pierwszym roku po zabutelkowaniu, orzeźwiające o delikatnych nutach cytrusowych i wysokiej kwasowości.  Warto jednak wiedzieć, że najwybitniejsze Vinho Verde produkowane jest ze szczepu Alvarinho, (tego samego, które za granicą w hiszpańskim Rias Baxias nosi nazwę Albariño), który może produkować wina bardziej złożone i skoncentrowane. Niektórzy producenci wybierają styl beczkowy, jednak znakomita większość to wina lekkie, delikatnie perliste, przeznaczone do szybkiej konsumpcji. Jednym z moich ulubionych producentów jest Quinta de Soalheiro.

Innym słynnym winem, a dokładniej, szczepem, który kojarzy nam się z zielonością jest Grüner Veltliner. Ten najsłynniejszy Austriacki szczep daje wina o aromacie białego pieprzu, trawy, świeżych ziół i często kojarzy nam się z letnią łąką. Jeszcze w latach 90-tych szczep ten był mało znany poza Austrią. Jednak wyjątkowa jakość win i ich zdolność do długiego starzenia oraz przede wszystkim działania Austria Wine Marketing Board doprowadziły do tego, że dziś chętnie sięgamy po ten kultowy już szczep, szczególnie jeżeli pochodzi z najlepszych siedlisk o południowej orientacji w Wachau, Kamptal czy Kremstal. Jednym z moich ulubionych producentów win o tym profilu jest  biodynamik Fred Loimer i Nikolaihof, jak również FX Pichler i Bründlmayer. Kilka dni temu w Hotelu pod Różą regiona Weinviertel reprezentowany prze Ulli Hager przy współpracy z Piotrem Pietrzykiem z Collegium Vini prezentował różnorodność win austriackich, a w szczególności stylów Grünera Veltlinera. Dwa charakterystyczne style: jeden świeży, młody (zielony), a drugi złożony, często z późnego zbioru z wpływem beczki. Grünera Veltlinera świetnie sprawdza się również w postaci wina lodowego i choć globalne zmiany klimatycznie nie sprzyjają produkcji win lodowych to ci, którzy wytrwale produkują ten styl, odnoszą sukcesy. Czego szczególnym przykładem jest producent Weinrieder z Weinviertel.

 

Z zielonością w winie mamy również do czynienia w aromacie.

Przykładem „zielonego” aromatu, który nazywamy pirazynami są aromaty liścia czarnej porzeczki, zielonej papryki lub gałązki pomidora. Znajdziecie je w winach, do produkcji których winogrona nie dojrzały w pełni.
Klasyczne zielone nuty możecie znaleźć w aromacie niektórych  sauvignon blanc czy też cabernet sauvignon i carmenere z umiarkowanego klimatu, zwykle w rocznikach, przy produkcji których winogrona z różnych powodów zostały zebrane wcześniej.

 

O zielonych ruchach w świecie wina mówi się dziś dość sporo. Wina organiczne, biodynamiczne i wina naturalne to temat wielu debat i dyskusji pomiędzy zwolennikami produkcji konwencjonalnej, a tymi którzy preferują grać w zielone.  Jednak nie przypadkowo, produkcja win organicznych i biodynamicznych rośnie na całym świecie, a wina naturalne mają swoje festiwale, jak Raw w Londynie.
Warto zrozumieć różnicę w sposobie uprawy i w tworzeniu tych win. O rodzajach upraw, moich spotkaniach z biodynamikami i jednym z głównych promotorów biodynamiki Monty Waldinem, będę jeszcze pisać. Zajrzyjcie więc na bloga od czasu do czasu.

Jeżeli zastanawiacie się czy dziś jest dobry dzień na degustację wina, warto wejść do aplikacji When Wine stworzonej na podstawie badań Marii Thun – uczennicy założyciela biodynamiki, filozofa Rudolfa Stainera.

Według tego kalendarza, w dniu liścia i korzenia nie powinniśmy pić wina, natomiast świetnie ono smakuje w dniu kwiatu i owocu.

Ciekawostka – czy wiecie, że pierwsze wykłady z biodynamiki odbyły się na terenie dzisiejszej Polski, w Kobierzycach na Dolnym Śląsku w 1924 roku?

 

Frank Smulders i jego droga do tytułu Master of Wine

Frank Smulders to jedna z  370 wybitnych postaci w świecie wina posiadających prestiżowy tytuł Master of Wine przed nazwiskiem. IMW czyli Instytut of Masters of Wine to szkoła, której absolwenci  są rozpoznawalni na całym świecie. Jest to jednocześnie jeden z najtrudniejszych tytułów do zdobycia, gdyż co roku ok 85% kandydatów zwyczajnie nie zdaje egzaminu. W moim wywiadzie z Frankiem Smuldersem otrzymałam kilka wskazówek przydatnych dla tych, którzy marzą o wstąpieniu do instytutu i chętnie się z Wami nimi podzielę. Ale od początku.  Czyli jak zaczęła się podróż winiarska Franka Smuldersa.

Frank Smulders MW

Pierwsza szkoła, w której uczył się  się wiedzy o winie i gdzie w wieku 19 lat  złapał bakcyla winiarskiego, to szkoła hotelarska w Holandii. „Kiedy rozpocząłem studia w Instytutucie Masters of Wine w 1990 roku nie miałem jasnego wyobrażenia o korzyściach jakie przynosi posiadanie tego tytułu.To może wydawać się dziwne, ale tak naprawdę cieszyło mnie studiowanie, a celem było przygotowanie do niełatwych egzaminów” – mówi Frank. Kiedy uzyskał tytuł MW, jego największym i najwybitniejszym osiągnięciem była możliwość stworzenia wokół siebie ogromnej grupy życzliwych i wspaniałych ludzi związanych z rynkiem winiarskim, z którymi dzieli swoją pasję.

Decyzja o wstąpieniu do instytut była spontaniczna. Nie należy zapominać, że mówimy o czasach sprzed rozwoju internetu. Zwyczajnie, siedząc na lunchu z przyjacielem, Frank wpadł na pomysł, że wstąpi do Instytutu. Zrobił to niewiele myśląc. Zależało mu na podjęciu wyzwania. Na początku nie wiązał z tą decyzją wygórowanych marzeń. Mierzył siły na zamiary, dzięki czemu udało mu się uniknąć arogancji, jaka może towarzyszyć tak ambitnemu przedsięwzięciu.

Najtrudniejszy w przygotowaniach do egzaminu był podział czasu pomiędzy rodzinę i naukę. „Na szczęście w 1990 roku nie mieliśmy jeszcze dzieci” – mówi Frank. Udało mu się umówić z żoną i ustalić swój plan pracy: przez 6 miesięcy miał uczyć się każdego wieczoru oraz w soboty i co drugą niedzielę, kiedy musiał  jechać do Londynu.

„Dając porady przyszłym adeptom IMW wyczulam  Was, nie zróbcie tego co zrobiłem ja – mówi Frank -Bądźcie przygotowani i świadomi tego, na co się porywacie. To jest trudna szkoła i trudna decyzja. Należy się przede wszystkim upewnić, że to dobry okres w prywatnym i zawodowym życiu, aby podjąć się takiego wyzwania. Duży procent uczniów nigdy nie kończy studiów. Największym błędem, jaki popełniają studenci, jest zakładanie, że skończą studia w 3 lata. To musi być projekt długoterminowy i należy być jak najlepiej przygotowanym zanim rozpocznie się studia.”

Frank Smulders MW

Pasją Franka i jego wizytówką, jako trenera wiedzy o winie, są wina hiszpańskie. Zapytany, skąd to zainteresowanie odpowiada, że to przypadek, a jednocześnie miłość do Hiszpanii.

Jego rodzice od dziecka zabierali go w podróże po Hiszpanii. Dodatkowo, jakieś dziesięć lat temu, Frank zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo w świecie winiarskim brakuje wiedzy na temat hiszpańskich win, więc postanowił połączyć pasję z przyjemnością i skupić się na uczeniu o winach hiszpańskich.

W swojej pracy Frank bardzo dużo podróżuje i spędza więcej nocy w łóżkach hotelowych, niż w swoim własnym. Sam mówi, że lubi podróżować, bo to dodaje mu energii, jednak podróże samolotem określa jako niekorzystnie wpływające na swój rytm dobowy. Rodzina przyzwyczaiła się do trybu życia Franka i go zaakceptowała, pod warunkiem, że  gdy Frank jest w domu, jest w nim w 100%. „Sądzę, że udało mi się znaleźć pełną równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym” – mówi Frank.

Niegdyś właściciel szkoły wiedzy o winie, niedawno zmuszony był ją zamknąć, mimo ogromnej liczby chętnych pragnących podjąć studia. Marże na kursy wiedzy o winie są ograniczone – mówi. Im większe pole działania, tym więcej kosztów na administrację, księgowość itd. Gdy kryzys finansowy rozpoczął się w roku 2008,  w Holandii liczba uczniów zmniejszyła się drastycznie i Frank postanowił zamknąć szkołę. „To była trudna decyzja, która wiele mnie kosztowała, ale patrząc z perspektywy czasu nic lepszego w moim życiu nie mogło się wydarzyć.” Zapytany, czy otworzyłby szkołę jeszcze raz mówi, że tak, ale na małą skalę. „A tak w zasadzie to już otworzyłem”– śmieje się. Frank oferuje kursy na temat najlepszych hiszpańskich win nie tylko w Holandii, ale również  innych krajach, jednak wyłącznie na małą skalę – co szczególnie podkreśla.

Wolne chwile spędza (o zgrozo!) podróżując,  ale razem z rodziną. Interesuje się również historią, archeologią i dobrymi restauracjami. „Czasem nawet odpoczywam” – dodaje z uśmiechem.

Zapytany, czy wyobraża sobie inną pracę, mówi, że nie ma pojęcia, co mógłby robić, ale gdyby musiał ją zmienić to pewnie zostałby w hotelarstwie.  „Po prostu lubię to słowo” – mówi zagadkowo.

Jak widzisz przyszłość? „Lubię uczyć i będę to robił do emerytury, mam nadzieję.”

Frank planuje, że szkolenia o hiszpańskich winach rozwiną się międzynarodowo. Aktualnie prowadzi je w Holandii oraz Niemczech.

Dodam, że Frank to był jeden z moich ulubionych nauczycieli w Weinakademie Österreich w Rust podczas Diploma WSET.

Wersja tego artykułu była wcześniej opublikowanie w magazynie Czas Wina.

Burgenland. Kraina bocianów i słodkiego wina

Kiedy do Europy wracają bociany, a ciepłe dni wybudzają pąki winorośli ze snu, to
niezawodny znak, że trzeba wybrać się do Austrii.
Uśmiecham się na wspomnienie mineralnego zapachu jeziora, który wkrada się do
samochodu, gdy tylko otwieram drzwi. Wraz z nim czuć powiew delikatnego wiatru
przynoszącego dźwięki szeleszczącego wśród sitowia tataraku.
Moja Austria to nie tylko Wiedeń ze swoim habsburskim przepychem, wspaniałymi
końmi, sławnymi ogrodami, tortem Sachera i kawą Juliusa Meinla. Moja Austria to
przede wszystkim bukoliczny Burgenland – raj dla rowerzystów i miłośników wina
oraz dom dla niezliczonej ilości bocianów. Uwielbiam ten czas, kiedy wyjeżdżam z
często chłodniejszej jeszcze Polski, by skryć się na chwilę w ciepłym otoczeniu jeziora
Nezyderskiego.


Podróż do Austrii samochodem przebiega bardzo przyjemnie, trasy są dobrze
oznaczone i wygodne. Staję na granicy, żeby wykupić winietę na Słowację, choć dziś
można to również zrobić w domu za pośrednictwem internetu. Ja jednak uważam,
że to zawsze dobry moment na rozprostowanie nóg. Moją małą przyjemnością, a
jednocześnie przerwą w trasie jest przystanek w Parndorf Designer Fashion Outlet.
Lubię go odwiedzać, żeby zaopatrzyć się nie tylko w wakacyjne kreacje, ale również
w szkło. Dla miłośników wina jest tu sklep Riedla – światowej sławy austriackiego
producenta szkła kryształowego, któremu zawdzięczmy różnorodność kieliszków
przystosowanych do degustacji wina z wielu klasycznych odmian winorośli.
Zaopatrzeni na wakacje: bez nowych butów, ale za to ze szkłem pod pachą, jedziemy
dalej.
Wjeżdżając do Austrii, co jakiś czas przyglądam się malutkim winnicom, które
okalają okoliczne pagórki. Kiedy zjeżdżam z autostrady, rozpościera się przede mną
idylliczny krajobraz zieleni. Oczywiście zieleń od razu kojarzy mi się z chlubą i
wizytówką Austrii – białą odmianą winorośli Grüner Veltliner. Jednak w
Burgenlandzie Grüner Veltliner nie gra pierwszych skrzypiec, gdyż tutaj królują wina
słodkie ze szczepów Welschriesling, Pinot Blanc, Chardonnay czy też Furmint –
wszystkie ze słynnej apelacji Ruster Ausbruch popularnej w pobliżu miejscowości
Rust. Drogę do Rust okalają liczne winnice. Na miejscu witają nas dostojne bociany,
które chętnie budują tutaj swoje gniazda. Tutejsze bociany są oswojone z ludźmi,
chodzą spokojnie wśród miejskiej zieleni nie zwracając uwagi na przyglądających się
im przechodniów i uprzejmie, jakby od niechcenia pozują nam do zdjęć. Podczas
mojego ostatniego wyjazdu wypatrzyłam jednego, który przechadzał się po placu
zabaw wśród radośnie biegających dzieci i ze zdziwieniem zaobserwowałam, że
zarówno dzieci, jak i bociany żyją w absolutnej symbiozie, w żaden sposób się sobie
nie dziwią ani sobie nie przeszkadzają. Okolica jeziora Nezyderskiego to wymarzone
miejsce dla mięsożernych bocianów, mają tu pod dostatkiem jedzenia i bardzo
przyjazne środowisko, toteż na stałe wpisały się w krajobraz.
Urocze, malownicze stare miasto Rust nie zmieniło się w prawie wcale od XVI–XVII w.
Jest to jedno z najmniejszych miasto w Austrii: liczy niecałe dwa tysiące mieszkańców i właśnie za to kocham je najbardziej. Lubię odpoczywać w ciszy, z dala od wielkomiejskiego
zgiełku obserwując spokojne życie ludzi. Ma się wrażenie, że tutaj czas się zatrzymał.
Od 2001 roku Rust znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, więc na
całe szczęście ów wspaniały klimat nie powinien się zmienić.


Wybór hotelu staram się uzależniać od pory roku oraz towarzystwa. Kiedy podróżuję
z miłośnikami rowerów, zawsze nocuję w Pension Drahteselböck. To urokliwe
miejsce zostało zaprojektowane przez cyklistów w każdym drobnym szczególe.
Nocowałam tam kilka razy i z przyjemnością tam wracam. Pyszne, zdrowe śniadania
z lokalnych produktów, basen pod gołym niebem i bardzo dobrze, nowocześnie
wyposażone, przestronne pokoje z balkonami. Do tego świetnie zaopatrzona
samoobsługowa lodówka z winem. Nietypowy koncept w bardzo dobrym wydaniu.
Czasami jednak zdarza mi się wybierać bardziej klasyczne miejsce do odpoczynku.
Seehotel Rust jest usytuowany w pięknym położeniu jeziora i jest w nim wszystko,
czego potrzebuję. Wieczorami chodzę do hotelowej sauny lub na basen, a rano
najczęściej po prostu napawam się widokiem, który rozpościera się z balkonu.
W samym centrum wśród bocianich gniazd znajduje się także hotel Peter Schandl, w
którym nocuję, kiedy mam ochotę posłuchać klekotu bocianów. Jego właściciel słynie
przede wszystkim ze świetnych win. To on, jako jeden z pierwszych, przykuł jakością
swoich win uwagę winiarskiego świata.
Po śniadaniu powoli wyciszając się w rytmie natury wsiadam na rower, by móc
cieszyć się wycieczką po okolicy.
Nic nie daje mi więcej energii niż obcowanie z przyrodą i zielenią wśród lokalnych
zwierząt i świergotu ptaków, które żyją w okolicy jeziora. To również idealne miejsce
dla zapalonych ornitologów.
Rust jest znane przede wszystkim z najsłynniejszej w tej części Europy szkoły
winiarskiej Weinakademie Österreich oferującej kursy londyńskiej szkoły Wine and
Spirit Education Trust, a także ze studiów brytyjskiego Instytutu Masters of Wine –
głównego powodu moich przyjazdów do Burgenlandu w ostatnim czasie. To tu na co
dzień po maleńkich uliczkach wybrukowanego kamieniem Rust krążą znane postaci
światowego winiarstwa, które są częstymi gośćmi tej szkoły.
Z okien małego hoteliku Petera Schandla widać piwnice win Heidi Schröck –
najsłynniejszej kobiety w Rust, która wsławiła się w przywróceniem apelacji Ruster
Ausbruch do jego dawnej świetności. Heidi, jako jedna z pierwszych producentek w
Austrii, uzyskała dyplom enologa (producenta wina), zyskała także zaszczytny tytuł
królowej austriackiego wina.


Gdy ją odwiedzamy, zaprasza nas do magicznie pachnącej kuchni, gdzie właśnie
przygotowuje beauf burgignon. Wyciąga go z piekarnika i mówi, że jest w trakcie
przygotowywania posiłku dla swoich pracowników. „Jutro butelkujemy” – dodaje
znacząco. Dzień butelkowania jest prawie tak ważny, jak dzień zbiorów. Trzeba
podjąć wiele niełatwych decyzji, by zabutelkowane wino było harmonijne i zasłużyło
na uznanie tych, którzy wiele lat później będą je degustować w swoich kieliszkach.

Heidi produkuje światowej klasy słodkie wina, bardzo wysoko oceniane między
innymi przez tak znanych krytyków winiarskich, jak Jancis Robinson i Robert Parker.
W jej piwniczce można znaleźć kupaże win wyprodukowanych z gron
zainfekowanych szlachetną pleśnią botrytis cinerea – tą samą, którą znamy z Tokaju i
Sauternes. Te wina to perełki, które niestety nie trafią na każdy stół. Jak je zdobyć?
Można się tutaj umówić na degustację lub zapukać do drzwi i wyjść z
butelką świetnego wina. Takich piwniczek w Rust jest wiele, ale ta należąca do Heidi
jest absolutnie wyjątkowa.
Po wycieczce rowerowej i degustacji wspaniałych Ausbruchów czas na małe co nieco.
Wśród klekotu bocianów, które wieczorem wracają do gniazd, siadamy w jednym z
lokalnych Heuriger’ów, czyli wine barów, w których podawane są tradycyjnie młode
wina z ostatnio wyprodukowanego rocznika oraz zimne przekąski. Od
marynowanych grzybów, przez pasty serowe, do starzonych wędlin – wszystko
podawane ze świeżym pieczywem.
Rust ożywa nocą. W spokojnym za dnia miasteczku, późnym wieczorem robi się
gwarno przy rozmowach i winie.
Moje ulubione miejsce to Buschenschank Sachandl, czyli winna tawerna. W cieniu
krzewów winorośli, które wiszą nad naszymi głowami pnąc się wzwyż po pergoli,
siadamy przy kieliszku musującego wina, żeby późną nocą skończyć na słodkim
Ausbruchu z naleśnikami z serem pleśniowym.
Austriacy to jedni z największych w Europie liderów upraw organicznych i
biodynamicznych. Dla miłośników zdrowej, naturalnej żywności, a w szczególności
organicznych i biodynamicznych win, Austria to raj na ziemi.
Wokół Rust jest wiele winnic i winiarzy naprawdę wartych odwiedzenia.
W nieodległej miejscowości Oggau znalazłam jeden z najbardziej uroczych heuriger
Gut Oggau, gdzie produkowane są wina biodynamiczne, czyli oparte na naukach
austriackiego filozofa Rudolfa Steinera. W estetycznie urządzonym wine barze al
fresco ptaki zamieszkujące lokalne drzewo w liczbie ponad 100 świergocą od rana do
wieczora. Można tu usiąść przy stoliku tuż obok owcy, która wita nas radośnie
poddając się chętnie głaskaniu, kiedy my pijemy kieliszek wina.
Podróżując na drugą stronę jeziora, w miejscowości Illmitz, dotarłam do kultowego
producenta słodkich win: Krachera, w kolaboracji z którym, moja ulubiona
producentka wina Heidi Schröck wyprodukowała jendego z najlepszych Welschrieslingów o nazwie Greiner. Projekt i sam pomysł na stworzenie wspólnego wina rozpoczął się od współpracy z nieżyjącym już Aloisem Kracherem i był później kontynuowany przez jego syna Gerharda. 
Gerhard Kracher co roku organizuje sympozjum dla sommelierów ze wszystkich zakątków
świata po to, by zwrócić uwagę winiarskiego świata na wina słodkie.
W zeszłym roku jego gośćmi w panelu degustacyjnym byli niemiecki winiarz z Doliny
Mozeli Ernst Loosen z winnicy Dr. Loosen oraz Frank Smulders MW. Do dań
głównych, przystawek i serów podano słodkie wina podkreślając rewolucję w
łączeniu wina z potrawami i przełamując schemat, według którego słodkie wina
dobrze łączą się tylko z deserami. Zastanawiacie się pewnie, czy te połączenia
się udały? Powiem więcej – były absolutnie genialne. Jednak nie jedzenie było
największym zaskoczeniem wieczoru. Było nim połączenie wina z cygarem. I choć na
początku sama myśl o tej parze mnie odstraszyła, muszę przyznać, że nie tylko było

to najbardziej zaskakujące połączenie w moim życiu (szczególnie że w ogóle nie
palę), ale też jedno z najbardziej udanych. Aromaty starzonego Rieslinga z jego
mineralno-naftową nutą i aromatem suszonych owoców przenikały się z dymno-
owocową nutą wędzonej śliwki i ziół w cygarze.
Po tym przyjemnie zaskakującym wieczorze wracam do Rust rozmyślając w blasku
księżyca o tym, jak pięknie jest móc cieszyć się życiem w tak miłych okolicznościach
przyrody. Moje wakacje dobiegają końca. W drodze powrotnej do domu zatrzymuję
się w Purbach, w lokalnym świetnie zaopatrzonym sklepie z winami Haus am
Kellerplatz na mały „import bagażowy”. Ponad 300 win od lokalnych producentów
oraz 60 win do degustacji na kieliszki. Jest z czego wybierać.
Zabieram odrobinę Burgenlandu ze sobą, żeby móc się nim podzielić z rodziną i
przyjaciółmi.
Burgenland to miejsce, które pozwala mi nie tylko na kontakt z naturą, ale także
miejsce, gdzie mogę odpocząć i wyciszyć się, a jedocześnie czerpać z takich
przyjemności życia, jakimi są wino i jedzenie w akompaniamencie cichego klekotu
bocianów. Wyjeżdżam z Austrii z nową energią do działania. I już nie mogę się
doczekać powrotu!

Warren Winiarski a polskie wina

Warren Winiarski to człowiek, o którym z zapartym tchem słuchałam poznając fakty z jego życia i siedząc w ławce Metropolitan Collage w Denver Colorado, gdzie odbywały się wykłady International Sommelier Giuld. Z zaciekawieniem dowiadywałam się od mojej kanadyjskiej wykładowczyni DJ Kearny historii słynnego SLV  i marzyłam, by kiedyś móc spróbować tego wina i poznać owego człowieka. Jakiś czas później, gdy już pracowałam w Tajlandii dla grupy Six Senses, mój ówczesny szef Frank Grassman z wyjazdu do Napa Valley przywiózł książkę… George’a Tabora Judgment of Paris. Pożyczyłam i przeczytałam jednym tchem. Moje zaciekawienie rosło.

Judgment of Paris

Później pojawił się Bottle Shock, w którym z nadzieją szukałam nazwiska Winiarskiego, ale niestety go nie znalazłam. Jak mi później powiedział sam Warren, film był sponsorowany przez Château Montelena i  nie znalazło się w nim miejsce na Stag’s Leap. Szkoda. Co kilka lat nazwisko Warrena falami wracało, stając mi przed oczami, aż w końcu w zeszłym roku, dzięki magazynowi Czas Wina moje marzenie się spełniło. Nie tylko udało mi się spotkać  Warrena Winiarskiego, ale zostałam poproszona o pełnienie funkcji jego osobistego tłumacza. Czy można było życzyć sobie więcej? Myślałam, że nie, lecz czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. W dniu, kiedy Warren Winiarski przyjechał do Polski i odwiedził Winnicę Wieliczka, ja właśnie rozpoczęłam staż w tej samej winnicy z myślą o  przygotowaniu do egzaminów w Instytucie Masters of Wine. Kiedy podjechał samochód, wysiadł z niego drobny, uśmiechnięty mężczyzna o zaciekawionym spojrzeniu.

Człowiek Roku Magazynu Czas Wina

Warren widział w życiu wiele winnic, ale ta była dla niego wyjątkowa: była to winnica polska. Jak się okazało, Warren Winiarski ma niezwykły sentyment do Polski. Jego rodzice stąd pochodzili, ale wyemigrowali do Chicago. W domu Winiarskiego nie tylko mówiono po polsku, utrzymywano również polskie tradycje.  Warren Winiarski przyjechał do Polski na zaproszenie magazynu Czas Wina, aby odebrać nagrodę Człowieka Roku przyznawaną corocznie przez ten magazyn. Podróż Warrena do Polski nie była jednak tylko podróżą motywowaną odbiorem nagrody. Była to dla niego również podróż sentymentalna. Przyjechał w wyjątkowo trudnym dla siebie czasie. W czasie, kiedy winnice w Kalifornii pożerał ogień. Ta klęska dotknęła go osobiście. Budynki, część wyposażenia i maszyn w jego winnicy Arkadia w Napa Valley spłonęły, a ona sam musiał ewakuować z domu żonę Barbarę. Mimo tego zdecydował się przyjechać, choć z oczywistych względów skrócił swoją wizytę rezygnując z odwiedzin winnic w województwie lubuskim.

Napa Fire

Jak mi powiedział podczas naszego styczniowego spotkania w Napa Valley, planuje jeszcze nadrobić swoje zaległości i wybrać się na zachód Polski i to w nieodległym czasie. Winnica Wieliczka to jedyna winnica, którą udało mu się odwiedzić podczas swojego pobytu w Polsce. Jako zaskakujący odebrałam wielki entuzjazm Warrena i jego duże zaciekawienie uprawą winorośli w Polsce.   

Zadawał Agnieszce Wyrobek liczne pytania o rodzaj gleby, klony winorośli, środki ochrony roślin i sposoby adaptacji winorośli do chłodnych warunków klimatycznych. Obserwując trzy pierwsze rzędy winorośli, które Winnica Wieliczka planuje wyciąć, szukał w głowie rozwiązań mogących pomóc uratować te kilka rzędów. Porównał warunki uprawy w Polsce do tych panujących w Kolorado, gdzie pracował przez pewien czas. Przekonywał również, że w polskich warunkach klimatycznych bardzo dobrze mógłby sprawdzić się cabernet franc. Podczas degustacji win z Winnicy Wieliczka Warren zwrócił szczególną uwagę na merlota, którego wspominał jeszcze kilkukrotnie w swoich wystąpieniach przez dwa następne dni. Pozytywnie skomentował zarówno dojrzałość owoców w momencie zbiorów, jak i brak zielonych aromatów (pirazyn), których Agnieszce Wyrobek udało się uniknąć, mimo ryzyka związanego z chłodnym klimatem. Podkreślał też, że lekkość i struktura rzeczonego merlota wynika z uprawy na dalekiej północnej szerokości geograficznej, co jednoznacznie zakwalifikował jako zaletę tego wina. Kolejnym winem, które Warren skomplementował, było rosé, uznane przez niego za harmonijne, i mimo wyższej zawartości cukru resztkowego, zachowujące świeżość i delikatność aromatów owocowych. Pochwalił również samą Agnieszkę, za doskonale podjętą decyzję dotyczącą czasu zakończenia fermentacji. Był to moment, który pozwolił utrzymać intensywność świeżego owocu w połączeniu z soczystą kwasowością.

Winnica Wieliczka

Bardzo  zaskoczył mnie sposób bycia Warrena, który można krótko nazwać stoickim spokojem. Wytłumaczył to podczas swego filozoficznego wykładu, który wygłosił tego samego dnia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zafascynowało mnie jego podejście do absolutnego piękna i tworzenia najlepszego wina w perspektywie zgody z naturą, w którym nie ma miejsca na przerysowanie alkoholem i beczką. Wino, według Winiarskiego, ma uosabiać harmonię baleriny: piękno równowagi i wdzięku. „Dzisiejszym winom, szczególnie z Kalifornii, brakuje tej harmonii. Często mają zbyt wysoki poziom alkoholu i to zaburza ich piękno, powoduje że wino nie jest skończenie piękne”  – mówi Warren. Na koniec naszej rozmowy Winiarski podzielił się ze mną serdeczną radą. Powiedział mi, że polscy winiarze muszą znaleźć swój własny styl, który ma odróżniać ich od reszty świata. Styl ten musi opierać się na wspomnianej wcześniej harmonii i koniecznie powinien wskazywać na nietuzinkowe miejsce pochodzenie wina – Winiarski jest przekonany, że Polska ma duży potencjał, aby z sukcesem zaistnieć na łamach światowego winiarstwa – musi tylko stworzyć swój kod, za pomocą którego temu światu się w całej okazałości ukaże.

 

Romana Echensperger – Master of Wine

Edukatorzy winiarscy fascynują mnie od wielu lat, każdy z nich ma swój własny, unikatowy sposób prowadzenia wykładów, a do sali seminaryjnej wnosi nie tylko wiedzę, ale również swoje doświadczenie. Różnorodność tych doświadczeń sprawia, że jedno zagadnienie może być przedstawione na wiele sposobów. Owa wielopłaszczyznowość pozwala zapoznać się z wieloma aspektami danego tematu, zrozumienie ich z wielu perspektyw. Podczas wyjazdu do Nahe na IX German Wine Academy miałam okazję poznać kolejna kobietę, która należy do wybitnego grona Masters of Wine: Romanę Echensperger. To jedna z najnowszych członkiń Instytutu Master of Wine. Swój tytuł zdobyła w 2015 roku  i jest jedną z trzech kobiet w Niemczech, które zdobyły tytuł MW.

 

Co mnie jednocześnie zachwyciło i zauroczyło w sposobie prezentacji Romany i jej podejścia zarówno do wina, jak i do sposobu prowadzenia degustacji, tak odmiennego od wielu wykładowców, których miałam okazję słuchać w ostatnim roku?  To przede wszystkim pogodna natura Romany, zawsze uśmiechniętej i obdarzonej lekkością w zjednywaniu sobie słuchaczy. Nie bez znaczenia dla odbioru jej osoby jest życzliwa kobieca natura. Romana przekazała solidną wiedzę, którą słuchacze z łatwością mogli przyswoić. Nie narzucała swojego zdania, jednocześnie skłaniając do formułowania własnych spostrzeżeń na temat wina. Echensperger przekazywała wiedzę winiarską z perspektywy, znanej sobie doskonale z praktyki, mianowicie, produkcji wina oraz uprawy winorośli. Jej wykład bardziej przypominał żywiołową relację, niż suche fakty z podręcznika. Romana uzupełniła wykład o nieoczywiste relacje przyczynowo-skutkowe. Podczas naszego wywiadu wyjaśniła mi, że uprawa winorośli i produkcja wina to jej specjalizacja. Wykład, który prezentowała dotyczył rodziny Pinotów, najliczniej w Niemczech uprawianej. Mowa tu o Pinot Blanc (Weissburgunder), Pinot Gris (Grauburgunder) i Pinot Noir (Spätburgunder).

 

Romana, jak wiele osób związanych z winem, złapała „winnego bakcyla”  zaczynając od pracy w restauracji w Monachium, która szczyciła się wybitną kartą win. Kilka lat później rozpoczęła naukę w londyńskiej szkole Wine and Spirit Education Trust. Program Diploma oferowany przez uniwersytet w Geisenheim skłonił ją do podjęcia decyzji o kontynuowaniu tej ścieżki kariery: wybór Romany padł na Instytut Master of Wine. Dlaczego sięgnęła tak wysoko? W grę wchodziła nie tylko ambicja Romany. W wyniku przemyślenia wszystkich za i przeciw stwierdziła, że praca sommeliera w trudnym restauracyjnym biznesie to już nie dla niej. Zdobycie tytułu Master of Wine zajęło jej 5 lat, podczas których dwukrotnie podchodziła do egzaminu. Podczas pierwszej sesji zaliczyła teorię, a degustację udało jej się zaliczyć za drugim razem. Trudną częścią dla Romany w zdobywaniu tytułu  MW było przede wszystkim napisanie pracy naukowej dotyczącej uprawy organicznej. W wyniku podjętego wyzwania stała się specjalistką w tej dziedzinie wiedzy o winie. Opowiada, że czas pisania pracy wymusił na niej zmianę własnego podejścia. Zmieniła również pracę, tak aby jej nowe stanowisko zostało zaakceptowane przez Instytut.

 

Zapytana o to, co było najtrudniejsze w osiągnięciu wytyczonych celów i zdobyciu tytułu Master of Wine (już w wieku 38 lat!), Romana odpowiedziała ze śmiechem: „Będąc silną, niezależną kobietą najtrudniej było znaleźć odpowiedniego partnera życiowego”.  

Dziś, po trudach związanych z przygotowaniem do egzaminu Master of Wine, zamierza się skupić na zbudowaniu domu, którego projekt już przygotowała. W dużym ogrodzie założyła już kompostownik, mając w perspektywie zasadzenie biodynamicznej winnicy.  W domu znajdzie się również duża kuchnia z wyspą pośrodku, gdyż Romana uwielbia gotować. I jeszcze większa piwniczka na wina.

Jej zawodowym marzeniem jest natomiast rozwój firmy konsultingowej w Niemczech, której głównym zadaniem będzie doradztwo dotyczące organicznej uprawy winorośli. Krótko mówiąc: niekończąca się edukacja.

 

Wersja tego artykułu została opublikowana wcześniej w magazynie Czas Wina.